Wpisy z miesiąca lipiec, 2009

Pies się zaszył

czwartek, lipiec 23, 2009

W środę lato zaczęło się na dobre. Temperatura w okolicach 30 stopni. Słoneczko przypiekało. Komary gryzły. Jak co wieczór udaliśmy się z J oraz jego kumpelą i kumplem, Marquezem i Rolką na spacer do parku. Od samego początku pies był dziwnie nadpobudliwy. ADHD chwyciło go po pierwszej kąpieli w parkowym stawiku. Szalał na maksa.

Prawdziwy pierdolec przyszedł jednak w momencie pojawienia się magicznych piłeczek z ogonkiem. Dosłownie oszalał na ich punkcie. Biegał, szczekał, skakał, nie pozwolił ich sobie odebrać, nie reagował ani na prośby, ani na groźby. Dawno nie widziałem go w takim stanie. Kilkukrotnie przywoływałem go do porządku oraz “rozluźniałem” wspólnym leżeniem na trawce. Istna masakra.

Już w trakcie spaceru koleżanka Magda zauważyła, że mój spacerowy psi dresik delikatnie zaplamił się krwią - “Pewnie przygryzł sobie wargę lub język walcząc z piłeczkami” zapadła diagnoza. W domu jednak okazało się, że zostawia na płytkach czerwone ślady. Szybkie oględziny przez doktor Queen w osobie Natalii wykazały delikatne rozcięcie opuszka. W ruch poszła woda utleniona i profesjonalny opatrunek, którego nauczyliśmy się jeszcze na WOSie w szkole średniej. Jako zabezpieczenie opatrunku pożyczyłem J na tydzień moją czarną skarpetkę. Niestety rozmiar 42-44 zakrywał niemal całe udo więc pies ściągał ją sobie błyskawicznie. Z pomocą przyszła Ama (siostra Natalii) użyczając nam mikro skarpetkę jej nowo narodzonego dzieciątka (Tomciu, mam nadzieję, że nie zmarzniesz), która idealnie przypasowała J.

W czwartek krwawienie nie ustawało więc udaliśmy się do profesjonalnego weterynarza. Jak zwykle wybór padł na Lecznicę pod kierownictwem Pana Pawła Jonkisza i Pani Anny Kuziemskiej. Trafiliśmy na dyżur Pani Anny. Troszkę nas zbeształa, że nie przyjechaliśmy od razu po zdarzeniu i zabrała się do szycia. J nie chciał spokojnie leżeć i w ruch poszedł “zobojętniacz” w pomniejszonej dawce. Patrząc na kawałek mięska spod opuszka poczułem ugryzienie komara na plecach - tylko to uratowało mnie przed omdleniem.

Pani Anna nawoskowała dratwę i wygiętą igłą używaną zazwyczaj do szycia butów zaczęła cerować jak pończochę z oczkiem. Okazało się, że była mistrzynią ściegu krzyżykowego na pracach ręcznych jeszcze w szkole podstawowej. J w tym czasie z wyciągniętym jęzorem wspominał zeszłoroczną wycieczkę na Madagaskar. Cała operacja trwała kilka minut. Potem jeszcze fachowe zabezpieczenie rany, wytyczne na najbliższe dni i “do zobaczenie pojutrze”.

Oczywiście historię potraktujcie z przymrużeniem oka. Przez te 24h nie było nam zupełnie do śmiechu. Emocje szybowały raczej w kierunku złości, litości, bezradności i ogólnej empatii. Pies mniej więcej co kwartał wymyśla coś, żeby udać się do Lecznicy. Jak najbardziej lubię i doceniam fachowość i fajne podejście Pani Anny i Pana Pawła, niemniej wolałbym spotykać się z nimi w nieco innych okolicznościach.

Hubert Wilczyński

Najlepszy smakołyk dla mojego psa

wtorek, lipiec 21, 2009

W naszym sklepie pojawił się stosunkowo niedawno. W zasadzie od razu zrobił furorę. Mowa o wędzonych uszach dla psa. Kosztują jedynie 2,50zł za sztukę, a zapewniają sporą porcję rozrywki i radości mojemu psu.

Hubert Wilczyński


informacje o cookies