Wpisy z miesiąca wrzesień, 2007

Jak prąd rzeki prawie porwał psa, kto niemal skąpał się w Odrze i jak ubierać się na spacery późnym latem

niedziela, wrzesień 23, 2007

Jest sobota. Dzisiaj w końcu udało nam się wybrać na dawno już zaplanowaną Wielką Wyprawę. Na początek kilka faktów technicznych. Mieszkamy we Wrocławiu na Wielkiej Wyspie w okolicach Stadionu Olimpijskiego. Do Odry, a właściwie jednego z kanałów mamy jakieś 300 metrów. Nasz plan był taki, żeby pójść w górę kanału, aż do Jazu Opatowickiego - jakieś 3-4 kilometry w jedną stronę.

Woda w butelce, zabezpieczenie przed deszczem oraz nieodłączne psie smakołyki - jesteśmy gotowi. Ruszamy najpierw nad rzekę. Żeby było przyjemniej postanawiamy nadrobić trochę drogi, ale przejść przez park. Jako że zaczyna się już jesień roślinność nabiera barw żółtawo-czerwonych, co w połączeniu ze “starą zielenią” oraz brązem ogromu leżących na ziemi żołędzi powoduje niesamowite doznania estetyczno-duchowe. Psy oczywiście idą swoimi ścieżkami, a my napawamy się kolorystyką. Niestety sielanka nie trwa długo. Przez ten odcinek parku przepływa tak zwana rzeka-smródka. Brak stałego przepływu wody oraz ogrom spadających liści spowodowały odłożenie sie dość grubej warstwy mułu o dość specyficznym zapachu. Ci, którzy czytali moje poprzedni wpisy pewnie już wiedzą, co się stało. Tak, mój psiak zagustował w tym roztworze :-)

Jako że humory mieliśmy wyśmienite nawet ten incydent nie był w stanie wyprowadzić nas z równowagi - idziemy dalej. Dochodzimy do Odry. Nurt nie jest za mocny więc psiaki mają uciechę, wskakując co chwila do wody za patykami. Idziemy, idziemy, idziemy - na szczęście niedawno skosili trawę nad wodą. Inaczej nasza wyprawa byłaby raczej przeprawą przez dżungle. Mijamy wędkarzy, rodziny na piknikach, zakochane pary w uściskach oraz mnóstwo rowerzystów. Psy pląsają wesoło. Momentami teren jest troche podmokły - ostatnio troche popadało. My omijamy takie bagna, a psom sprawiają one nieopisaną frajdę.

Mineliśmy niewielki łuk rzeki. Znów rzucam patyka. J ochoczo wskakuje za nim do wody. Podchodzę do brzegu, żeby zobaczyć jak sobie radzi i … o matko jaki nurt !!! Nie zauważyłem, że za łukiem rzeki nurt nagle przyspieszył. Pies próbował płynąć pod prąd, ale w najlepszym wypadku stał w miejscu. Na szczęście psy to dosyć cwane bestie. Zamiast walczyć z wodą odwrócił się i płynął z prądem kierując się powoli w stronę brzegu. Spłynął jakieś 10-15 metrów z prądem. Wrócił po chwili zadowolony, położył patyka i czekał, aż znów mu rzucę. Odetchnąłem z ulgą. Zarządziliśmy koniec kąpieli - idziemy dalej.

Docieramy do pierwszego checkpointu - most Swojczycki. 40 minut drogi już za nami. Damska część wyprawy zaczyna powoli narzekać na bolące nogi. O nie, nie możemy sie przecież poddać. Idziemy dalej. Decydujemy się nie wychodzić na drogę, ale przeprawić się pod mostem - to był błąd. Teren pod mostem jest jak dziewicza puszcza w kotlinie Kongo, usiana co krok pozostałościami po defekacji. Psy krótko na smyczy. Przebywając tą ścieżkę musieliśmy wyglądać z daleka, jakbyśmy przemierzali pole minowe.

Udało się, jesteśmy już na Biskupinie. Niedaleko widać już most Bartoszowicki. Zauważamy bardzo łagodne zejście do wody i postanawiamy się trochę powygłupiać z psami. Zejście jest piaszczyste z małymi kępkami trawy. Patyki idą w ruch. Psy co chwila nurkują i wracają z patykami na brzeg. Nam też udziela się atmosfera zabawy i biegamy wkoło. W pewnym momencie chciałem wyciągnąc duży patyk, który J zostawił zaraz przy brzegu w wodzie. Niestety nie wziąłem poprawki, że wyskakujące z wody psy całkiem zmoczyły naszą “plażę” i … o mało nie ląduje w wodzie. Zatrzymuje się kilka centymetrów od brzegu podtrzymując się w jakiś sposób rękami. “Uff”, pomyślałem, “na szczęście nie umazałem w błocie spodni”. J zauważył swojego Pana w dziwnej pozycji i chyba pomyślał, że to zaproszenie do zabawy. Nie czekając długo złapał ubłocony patyk i “podał” mi go właśnie na spodnie :-) No cóż, dzisiaj nic nie jest w stanie zepsuć mi humoru. Wszyscy ryknęli śmiechem, po czym uwieczniliśmy skutki wypadku na zdjęciu.
Brudas

Do jazu zostało nam już raptem 400 metrów, ale decydujemy się na powrót. Zawsze kręci się tam sporo ludzi, a ja niestety wyglądam jakbym wrócił z wykopków. Cichaczem przemykamy z powrotem, budząc zainteresowanie dość licznych przechodniów i rowerzystów.

Po niemal 3 godzinach wracamy do domu. Ostatnie 20 minut przebywamy w absolutnej ciszy. Wszyscy marzą o obiedzie i o tym, żeby się na chwilę położyć. O dziwo psy wyglądają, jakby dopiero co wychodziły na spacer, a nie z niego wracały.

Podsumowując, Wielką Wyprawę można uznać za udaną. Aha no i pamiętajcie, spacer z psem to nie konkurs mody - jak pokazało doświadczenie lepiej ubrać się w coś, czego nie będzie szkoda ;-)

Hubert Wilczyński


informacje o cookies