Wpisy z miesiąca luty, 2007

Dlaczego niektórzy akwaryści nie mają problemów z roślinami

poniedziałek, luty 12, 2007

I wcale nie chodzi o to, że mają plastikowe rośliny :-) Zamierzam zdradzić Ci sekret, jak moja wiedza na temat roślin ewoluowała z czasem. Jak cennej wiedzy nabyłem z książek oraz internetu oraz ile pieniędzy kosztowały mnie eksperymenty z nawożeniem. Chociaż nie, nie chce Cię do końca zniechęcać. Dla przybliżenia powiem tylko, że spokojnie mógłbym kupić i wyposażyć średniej wielkości akwarium.

Nie staraj sobie wyobrazić, ile warta jest wiedza zawarta w tym artykule. Skup się na razie na treści. Już za chwile odkryjesz mój sekret. Sekret, który kosztował mnie … policz sam. A więc do konkretów.

Rys historyczny
Swoją przygodę z akwarystyką zacząłem już dawno temu. Pierwsze akwarium z ramą z kątowników - ech to były czasy. Wolnorynkowy handel pierwszym udanym rozrodem gupików w czasie stanu wojennego. Później emocje trochę opadły. Szkoła a później praca zabierały czas, którego ostatecznie brakło na hobby.

Na poważnie wróciłem do akwarystyki kilka lat temu. Do sprawy podszedłem już bardziej “naukowo”. Poznałem tajemną wiedzę na temat cyklu azotowego, chemii wody oraz zbliżyłem się do świata roślin, a tym samym ich nawożenia. Początki nie były zachęcające - rośliny rosły, ale bardzo krótko, po czym padały lub ginęły pod glonami. SIC!!!

Pierwsze nawozy
No cóż, skoro domowe sposoby nie działają postanowiłem sięgnąć po gotowe artykuły. Na pierwszy ogień poszedł Tropical aquaflorin. Moje akwarium było wtedy mocno przerybione, a testy wykazywały znaczną ilość azotanów i azotynów. Efekt - wow, to działa! Niestety nie na długo. Rośliny zaczęły blednąć. Między żyłkami liści zaczęly robić się dziury, a w efekcie liść gnił - chloroza. No tak, mnie powoli zaczeła opanowywać choroba zwaną cholerą. Jedyne co powodowało chęć dalszych eksperymentów to drwiny żony, której na rękę było pozbycie się akwarium.

Zaczynam stosować więcej różnych testów
Pierwszym trafnym spostrzeżeniem był brak żelaza. Zacząłem więc stosować Tropical Ferroflorin. W efekcie liście moich roślin znów były piękne, ale. No właśnie, ale ich wzrost nie był zadowalający. Postanowiłem zakupić kilka fachowych książek.

Minęły dwa tygodnie …

CO2
Rośliny zaczęły rosnąc w oczach. Byłem w siódmym niebie, czego nie można powiedzieć o mojej żonie :-) Niestety sielanka nie trwała długo. Zaczęły się wyciągać, puszczać małe, pozwijane liście. Pojawiły się również pierwsze oznaki chlorozy. Postanowiłem zwiększyć dawkę CO2. Dało to jednak odwrotny efekt. Moje “zielonki” jeszcze bardziej podupadły, a do tego wszystkiego pojawiły się glony.

Załamanie i niespodziewane odkrycie
Zacząłem mieć tego dosyć. Nic mi się nie udawało zmienić na dłuższą metę, a zdjęcia pięknych akwariów z książek dodatkowo pogłębiały moją depresje. I wtedy właśnie spotkałem starego znajomego. Nie był on co prawda akwarystą, ale ojciec jego żony miał akwarium, i w czasie rodzinnych spotkań mimowoli nasłuchał się różnych porad i opowieści.

Powiedział mi, że wielokrotnie powtarzał się jeden skrót - TMG. Nie wiedział co to, ale jego teść był tym zachwycony. Ok pomyślałem, i tak nie mam nic do stracenia. Moje rośliny i tak przypominały już perzynę. Poszperałem troszkę po sieci i znalazłem. Nawóz nie był tani. Długo zastanawiałem się nad jego zakupem.

Efekt
Glony zniknęły po dwóch tygodniach. Rośliny ruszyły z kopyta, a akwarium zaczęło wreszcie przypominać tropikalny biotop a nie swojską sadzawkę. Czy muszę wspominać jaka była mina mojej żony?

W tej chwili stosuję TYLKO TMG dolewany tuż po podmianie wody (wymiana 25-30% tygodniowo na wodę demineralizowaną mieszaną pół na pół z odstaną kranówką).

Zdradziłem..
Tak, raz zdradziłem mój nawóz i kupiłem Planta Gainer Classic - na roślinach znów pojawiła się chloroza. Nie chciałem dochodzić, czego brakuje w tym nawozie. Po prostu wiedziałem, gdzie jest wszystko, czego potrzebują moje rośliny.

Wniosek
Jedyne co przychodzi mi do głowy to napisać tutaj 100 razy TMG.

Jak czerpać przyjemność z tresowania psa?

środa, luty 7, 2007

Ile razy dostawałeś białej gorączki, kiedy Twój pupil nie chciał wogóle współpracować podczas treningów?

Ile razy zaczynałeś wątpić w jakąkolwiek psią inteligencję?

Ciężko policzyć? Nie martw się, nie jesteś sam. Ja przeżywałem dokładnie to samo. Ale wiesz co, to można zmienić.

Testuje właśnie pewną metodę. Nie jest to wcale nic nowego. Wręcz przeciwnie. Jest banalna. Piszą o niej w prawie każdej książce, ale wiesz co, dla mnie nigdy nie było to opisane w przystępny sposób i wiele czasu trwało, zanim uświadomiłem sobie, jak ŁATWO mogę tę metodę zaadoptować u siebie.

Długo zastanawiałem się, czy wyjawiać innym taki sekret. W końcu mógłbym go zachować tylko dla siebie i błyszczeć na spacerach i wśród znajomych, jaki to mój pies jest mądry. Jednak chęć pomocy innym wzięła górę nad samochwalstwem (na szczęście ;-) ) W kolejnych akapitach opowiem Ci, jak świetnie udało mi się zorganizować domowe szkolenie. Jak praca z moim psem zaczęła sprawiać mi przyjemność przez to, że … Albo nie, opowiem Ci to po kolei.

Konsekwencja
Wszędzie piszą, że najlepszym, jeśli nie jedynym sposobem na nauczenie psa czegokolwiek jest konsekwentna nauka. Nie mogę się z tym niezgodzić. Tyle tylko, że można w taki sposób “nagiąć” konsekwencje, aby były dla nas wygodne, a nawet miłe.

Ja zacząłem od tego, że obserwowałem mojego psa i starałem się znaleźć moment, w którym jest najbardziej żywy, ale też nie przesadnie, żeby nie chciał próbować gierek w “może tym razem Cię zdominuję”. Być może z racji tego, że jest to labrador, ten moment okazał się być czasem na około 2 godziny przed jedzeniem. Aczkolwiek obserwując owczarki mojej znajomej zauważyłem, że u nich był to czas praktycznie bezpośrednio po jedzeniu. Musisz wykazać odrobinę cierpliwości i znaleźć ten moment u Twojego psa.

Co dalej? Kieszeń smakołyków i do dzieła. Połam smakołyki na jak najmniejsze kawałki - nie chcesz przecież utuczyć swojego psa. Następnie znajdź spokojne miejsce. Nie musi to być podwórko. Ja ćwiczę teraz w mieszkaniu. Ważne, żeby przynajmniej na początku było dosyć spokojnie. Bez telewizora w tle, bez rodziny szeleszczącej folią lub papierami. Jednym słowem im mniej podniet dla psa tym lepiej.

Szkolenie
Przede wszystkim, musisz ustalić, czego chcesz swojego psa nauczyć. Ja na razie zacząłem od ordynarnych siad, waruj, zostań, uwaga, do mnie.

Teraz pewnie wyobrażasz sobie, jak spędzam z moim psem 2 godziny dziennie zdzierając gardło i wydając dziwne gesty. STOP!!! Zapomnij o tym. Nic bardziej mylnego. Jestem na tyle leniwy i mam na tyle mało czasu, że spędzenie 2 godzin z psem na szkolenie jest mało realne.

Co więc zrobiłem? Postanowiłem spędzać z psem 10-15 minut dziennie przez 3-5 dni w tygodniu. Mój labrador dostaje swoje psie jedzenie codziennie o 21:00. Tak więc między 19:00 a 20:00 zaczynamy trening.

Zawsze główną część treningu poświecam tylko na jedną komendę. Najpierw, zaczynam od 1-2 minutowej powtórki tego, co ćwiczyłem ostatnio. Następnie zaczynam główną część treningu, która zajmuje <10 minut w zależności od czasu, jakim dyspnuję. Potem przez ostatnie 2-3 minuty powtarzam na zmianę wczorajszą i dzisiejszą komendę.

Ważne, żeby co 5-6 dni (lub krócej, w zależności od ilości komend, które chcemy ćwiczyć) poświęcać cały trening na 2-3 minutowe powtórki wszystkich komend.

Co dalej?
To wszystko. Cały czas dopracowuje tą metodę, ale muszę Ci powiedzieć, że to działa. Chciałbym usłyszeć Twoje uwagi na temat tej metody. Jak sprawdza się to u Ciebie? Kiedy Twój pies jest w odpowiednim nastroju? Jakich ciekawych sztuczek udało Ci się w ten sposób nauczyć psa?

Jeśli będziesz chciał/a dowiedzieć się więcej szczegółów, po prostu napisz do mnie, a ja dokładnie opiszę, jak przebiega trening. Jak używać słów, gestów oraz smakołyków tak, żeby ułatwić sobie pracę z psem.

Hubert Wilczyński


informacje o cookies