Wpisy z miesiąca styczeń, 2007

Dlaczego mój pies chodzi chętnie do weterynarza?

czwartek, styczeń 25, 2007

Zamierzam napisać Ci, w jaki sposób udało mi się przekonać psa, że wizyta u weterynarza to sama przyjemność. Wiedza ta jest bardzo prosta i banalna, a jednak większość osób nie zdaje sobie z niej sprawy. Tak wiem, że kilka osób powie, że mój pies jest młody, że ich starsze psy są już niechętne i nic tego nie zmieni. Mylą się.

Nie będzie to bardzo skomplikowane, ale będzie wymagało trochę konsekwencji i cierpliwości. A więc do dzieła.

Najpierw będziesz musiał/a dokładnie przypomnieć sobie, jak wygląda standardowa wizyta, łącznie ze wszystkimi przygotowaniami. Myślę, że łatwiej będzie to zrobić na przykładzie, więc może ja opowiem Ci jak wygląda to u mnie.

Książeczka zdrowia
Jak Ci zapewne wiadomo, książeczka zdrowia psa to nieodłączna rzecz przy wizycie u weterynarza. Zazwyczaj leży ona zawsze w tym samym miejscu. I to właśnie w tym miejscu musimy rozpocząć trening. Pies ma już w głowie zakodowaną procedurę wyjścia i jak tylko zobaczy, że sięgasz w TO miejsce będzie wiedział co się świeci (mój właśnie wtedy zaczyna skakać na mnie z radości).

Musisz psu pokazać, że TO miejsce wcale nie jest takie złe. Jak? Dróg jest kilka, ale cel ten sam - musi go tam czekać coś miłego. Smakołyk, ulubiona zabawka itd. W każdym przypadku może to być coś innego, ale myślę, że wiesz co sprawia największą przyjemność Twojemu psu.

U mnie był to smakołyk. Kilka razy w tygodniu, najpierw wykorzystując nieuwagę psa chowałem w TYM miejscu smakołyki. Kilka rozrzucałem również w okolicy TEGO miejsca. Po czym w momencie gdy pies był w pobliżu specjalnie podchodziłem tam i wyciągałem książeczkę oraz smakołyk. Przywoływałem psa lub wabiłem go smakołykiem. Nie trudno Ci chyba wyobrazić sobie, jak bardzo był szczęśliwy gdy znalazł kilka innych kąsków w tym miejscu. Oczywiście w Twoim wypadku powinieneś zastąpić smakołyk czymś specyficznym dla Twojego psa.

Droga i transport
Ja mam kawałek do swojego weterynarza, dlatego zawsze jeżdzę tam samochodem. Czekał mnie w związku z tym dodatkowy krok - rozkochać psa w jeździe samochodem. Z perspektywy czasu mogę Ci powiedzieć - nic prostszego. Czytając o moich kolejnych doświadczeniach zobaczysz jak oczywiste, że aż nieprawdopodobne są niektóre sposoby. Ale do rzeczy.

Szczekanie, wycie, gryzienie tapicerki, próba przeskoczenia na przednie siedzenie. To były moje podstawowe problemy. Za chwilę zapoznasz się z rozwiązaniem każdego z nich.

Jak poradziłem sobie ze złym zachowaniem psa w samochodzie?
Trening zacząłem na podwórku. Ukryłem w samochodzie na tylnym siedzeniu i podłodze kilka smakołyków. Następnie bawiąc się z psem od niechcenia wsiadałem do samochodu i zachęcałem go smakołykiem. Za każdym razem jak wsiadł czekała go w środku DUŻA nagroda. Czy już wyobrażasz sobie swojego psa proszącego żeby wsiąść do samochodu? Ja nie muszę wysilać wyobraźni. Mój labrador wskakuje do samochodu za każdym razem, kiedy JA tego chce.

Pierwszy krok mamy już za sobą. Teraz kolejny. Jak jeździć z psem. Znów trening zaczynamy na podwórku. Potrzebna będzie druga osoba, która będzie jechała z psem z tyłu. Jeździmy powoli i pozwalamy psu przeskoczyć do przodu, żeby sprawdził, że nic ciekawego tam nie ma. W czasie jak pies wszystko sprawdza z przodu osoba z tyłu rozkłada kilka smakołyków i po chwili nęci go, aby wrócił do tyłu. PAMIĘTAJ, zmiast smakołyków możesz używać innych odpowiednich dla Twojego psa rzeczy.

Po kilku razach nauczy się, że jednak z tyłu samochodu osiąga się więcej korzyści. Nie twierdzę, że to działa od razu. Ale można przyzwyczaić psa do wielu różnych rzeczy.

Śmiali się ze mnie, gdy przychodziłem posiedzieć z psem w poczekalni, ale kiedy mój pies przestał bać się wizyt …
Pies wyczuwa wszystko na odległość. Jak tylko pojawialiśmy się w okolicy budynku weterynarza stawał się nerwowy. Na początku więc po prostu przyjeżdżaliśmy tam na krótkie spacery, w czasie których bawiliśmy się świetnie. Dosłownie po trzech razach pies polubił to miejsce.

Niestety w poczekalni nadal kulił ogon i czuł się bardzo niepewnie. Porozmawiałem z weterynarzem o tym, kiedy jest najmniejszy ruch i zacząłem przychodzić wtedy z psem, aby … po prostu posiedzieć w poczekalni lub wejść na chwilę do gabinetu. W tym czasie albo bawiłem się z nim albo dawałem mu smakołyki.

Weterynarz z własnej woli zaangażował się w sprawę i również “zachęcał” psa na różne sposoby. Na efekty nie trzeba było długo czekać.

Słowo końcowe
Pamiętaj, sklepy internetowe posiadają w swojej ofercie mnóstwo ciekawych zabawek oraz smakołyków, które pomogą Ci osiągnąć Twój cel, a psu umilą życie. Nic jednak nie przychodzi samo. Najważniejsza moim zdaniem jest konsekwencja w działaniu, czego Tobie i sobie życzę.

Hubert Wilczyński

Rada dla dumnych właścicieli psów, które mają problemy z gardłem.

czwartek, styczeń 25, 2007

Zamierzam opowiedzieć Ci historię pewnej dziwnej choroby, jaką mój pies przeszedł w zeszłym roku. Jak poradziłem sobie z nią oraz czego nie dowiesz się od wielu weterynarzy przeczytasz za chwilę poniżej.

UWAGA. Wpis zawiera kilka nieprzyjemnych opisów i jest przeznaczony tylko dla osób o MOCNYCH NERWACH.

Sprawa dotyczyła mnie bezpośrednio. Jak już zapewne wiesz, jestem posiadaczem czarnego labradora. Końcem października 2006 pies zaczął kaszleć. Początkowo nie dziwiliśmy się temu - ot każdemu może się zdarzyć przeziębienie.

Pierwszy niepokój pojawił się po tygodniu - pies cały czas kaszlał, a do tego co jakiś czas sie krztusił i wypluwał flegmę. Więc jednak weterynarz. Diagnoza - ostre przeziębienie. Recepta - seria antybiotyków. Co dwa dni musieliśmy pojawić się u weterynarza na zastrzyk.

Niestety w połowie serii musieliśmy wyjechać na kilka dni. W związku z tym przeszedłem szybkie szkolenie jak dawać psu zastrzyki oraz zostałem “uzbrojony” w 3 strzykawki z gęstym białym płynem.

Jak dawać bezbolesne zastrzyki?
Okazuje się, że bardzo prosto. Wystarczy naciągnąć skórę z boku mniej więcej na wysokości połowy żeber tak, żeby stworzyć “namiot powietrzny”. Po czym wbijamy igłę i płynnym ruchem wpuszczamy płyn. Dla mnie pestka.

Błędna diagnoza
Pomimo, iż stałem się mistrzem strzykawki w przeciągu zaledwie kilku dni, stan psa nadal się nie zmieniał. Kaszel i flegma. Mineły właśnie trzy tygodnie od wystąpienia pierwszych objawów. Weterynarz decyduje o zmianie kuracji. Dostajemy receptę na antybiotyk w tabletkach oraz na jakiś lek przeciwkaszlowy. Przewidywany termin kuracji - 1,5 - 2 tygodnie.

Piąty tydzień problemów minął bez większych zmian. Jedyny warty odnotowania przypadek, to że w trakcie kilkudniowego wyjazdu do dziadków J przestał na chwilę kasłać. Nie trwało to jednak długo. Weterynarz decyduje, że musimy pobrać wymaz z gardła. Mam nadzieję, że to pomoże w diagnozie, jadnak znając mojego czarnego terrorystę życzę lekarzowi powodzenia :-)

Jak robić wymaz …
Na pewno bym o tym napisał, gdyby udało się go zrobić. Niestety pies chciał zjeść sprzęt do robienia wymazu i nie pomogły nawet najbardziej wymyślne sztuczki dwojga weterynarzy. Trzeba będzie na śpiocha.

Umawiamy się na termin badania na Wrocławskiej Akademi Rolniczej. Przy okazji chcemy zrobić prześwietlenie stawów pod kątem dysplazji, ale o tym następnym razem.

… na śpiąco :-)
Najpierw pies dostaje “głupiego Jasia”. Czekając na swoją kolej obserwuję procedure u kilku innych psów. Za każdym razem wygląda tak samo. Zastrzyk. Wyjście przed budynek. Po 2-3 minutach pies wymiotuje białą pianą (chyba dlatego kazali przyjść na głodnego). Po kolejnych 2 minutach wygląda prawie jak rastafari, tyle że ma troche smutniejszą minę. Kolejny zastrzyk, tym razem z właściwym usypiaczem i do dzieła … którego niestety, a może i na szczęście nie dane mi było oglądać.

W każdym razie uśpiony pies wygląda … nie wiem jak to określić. Po prostu wzbudza straszne emocje.

Wszystkie procedury trwają łącznie około godziny. Po czym zostaję poproszony o odbiór psa. W pomieszczeniu, do którego wszedłem było kilka piesków, które właśnie się wybudzały. J już odzyskał przytomność i strasznie się ucieszył jak mnie zobaczył. Niestety specyfiki nadal działały i nie był w stanie przejść sam kilkudziesięciu centymetrów.

Postanowiłem nie czekać tam, tylko wziąść go na ręce i wyjść na świerze powietrze. To był poważny błąd. Piesek co prawda wyglądał bardzo skromnie, ale zapomniałem, że przecież waży 35 kg!!! Zanim dotarłem na zewnątrz oblały mnie siódme poty. “Trzeba było poczekać”, przemknęło mi przez myśl.

Na odchodne powiedziano mi, że wyniki będą za 3-4 dni. Na szczęście weterynarz, do którego chodzę z psem pracuje tam również i zobowiązał się odebrać je za mnie.

Wreszcie są wyniki
Tyle że wynika z nich, że pies ma delikatnie podrażnione oskrzela, a pozatym powinien być zdrów jak ryba. Świetnie. Weterynarz rozkłada ręcę. Jest połowa siódmego tygodnia. Brak konkretnej diagnozy. Leki nie pomagają. Prawie jak w amerykańskim thrillerze z lat 70. No cóż, leczymy dalej zachowawczo.

Po dwóch dniach weterynarz wpada na wspaniały, jak się okazało w skutkach, pomysł. Otóż, przypomniało mu się, że czytał na jakimś forum czy blogu o przypadku, kiedy pies miał takie objawy spowodowane alergią na … odświeżacz powietrza.

Splądrowaliśmy całe mieszkanie w poszukiwaniu różnej maści odświeżaczy i … pomogło. Po 3 dniach wszystko skończyło się jak ręką odjął. Ale nie chcieliśmy na tym poprzestawać. Pojedynczo zaczęliśmy używać wszystkich odświeżaczy oprócz jednego - takiego szklanego “ozdobnego” z płynem w środku. Alergia nie wróciła.

Nie wiem czy to tylko przypadek lub zbieg okoliczności, ale psiakowi naprawdę pomogło.

Morał
Powiesz pewnie, że odświeżacz powietrza to zła sprawa. Nie, chyba nie całkiem o to mi chodzi. W tym przypadku bardziej chodzi o wiedzę, jaka drzemie w internecie. Jeśli znajdziesz już jakieś ciekawe miejsce, gdzie pojawiają się ciekawe informacje to czytaj je - i podeślij mi linka :-) Ja mam już kilka takich miejsc i na pewno o nich kiedyś napisze.

Hubert Wilczyński


informacje o cookies